Piękne dziewczęta!
Potrzebuję was, aby narodził się we mnie
Gdy nocą letni omdlewa znój,
Twe usta szemrzą: "tyś mój, tyś mój",
Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla;
Jest taki wiatr.
Nie wiem jak to wyrazić... Bo wszystko
ma swoją miarę i stopnie i skalę...
I czemuż znowu list piszę w udręce?
Nie pytaj, miły, jaka w tym przyczyna,
Siedli na ławce przytuleni, sami,
szarzy, jak gdyby dobyci z popiołu.
Nie kocham jeszcze, a już mi jest drogi,
Nie kocham jeszcze, a już drżę i płonę
Powiew poranku po nocy marzenia
Coraz to tęskniej i pieści i chłodzi,